Zdam Prawko

Puchar Dyrektora WORD

WORD Katowice - wskazówki

WORD Katowice - adresy

Plac manewrowy

Znaki drogowe

Egzamin praktyczny na prawo jazdy - zadania egzaminacyjne

Punto Grande - światła

Punto Grande - opis komory silnika

Zawracanie w teorii

Zawracanie w praktyce - Dąbrowa Górnicza

Plac manewrowy WORD Dąbrowa Górnicza

Parkowanie poradnik

Testy na prawo jazdy

WORD Dąbrowa Górnicza

Egzamin praktyczny na prawo jazdy kat. B - filmy

Opłaty za egzamin

Odbiór prawa jazdy

Techniki kierowania motocyklem

MYŚLĘ więc JEŻDŻĘ - nauka jazdy na wesoło. Cz 1.

MYŚLĘ więc JEŻDŻĘ. Cz 2

MYŚLĘ więc JEŻDŻĘ .Cz 3

MYŚLĘ więc JEŻDŻĘ .Cz 4

Ranking błędów egzaminacyjnych

WORD Częstochowa

Pasy bezpieczeństwa

Zmiany w przepisach zatwierdzone- sprawdź!

"Rewolucja w egzaminach na prawo jazdy"

Gdzie najtrudniej zdać egzamin na prawo jazdy w woj. śląskim

Możesz stracić prawo jazdy bez przekraczania prędkości

Zmiany w egzmianach od lutego 2012

Lekcja 11. Jazda „na trzy”, czyli filozofia, technika i etyka
Lekcja 12. Egzamin – plac, miasto, umysł

Lekcja 11. Jazda „na trzy”, czyli filozofia, technika i etyka

Nasz kurs zbliża się ku końcowi. Niniejsza lekcja będzie więc miała charakter powtórkowy, syntetyczny i nieco bardziej filozoficzny, niż dotychczas. Łatwo się domyślić, że tytuł tego cyklu, „Myślę, więc jeżdżę” nie spadł zupełnie z nieba – choć od nieba zaczniemy tę refleksję – lecz jest aluzją do znanego kartezjańskiego aksjomatu, „Myślę, więc jestem”.

„To, co się da, podziel na dwa, bez namysłu dziel” – śpiewał kiedyś zespół „Dwa plus jeden”. Tak śpiewali, ale czy mieli rację? Pewnie tak, ale tylko rację artystyczną, bo taki podział jest bardzo rytmiczny i do rymu. Ale na świecie oprócz rymów, rytmów i artystów są jeszcze filozofowie. Oni zaś wszystko, co się tylko da, starają się podzielić na... trzy! Wymyślili nawet zasadę, na którą się już kilkakrotnie powoływałem, mówiącą, że „omne trinum perfectum” – wszystko co troiste, jest doskonałe. Zatem to, co się da, podziel na trzy.

Niezależnie od tego, czy modlisz się często, rzadko, a może nawet wcale, pewnie znana Ci jest sekwencja słów: „...jako w niebie, tak i na ziemi”. Dla mnie te słowa są ważne o tyle, że wskazują na pewien punkt odniesienia, pewien wzór do naśladowania. Wszak w niebie wszystko jest doskonałe – perfectum. Gdyby w niebie jeżdżono samochodami, to tak samo należałoby jeździć na ziemi. Ale to nie znaczy, że skoro tam nie jeździ się samochodami, to tu nie obowiązują niebiańskie zasady. Na ziemi należy jeździć tak, jak by tam jeżdżono, gdyby jeżdżono.

W niebie jest Bóg, a Bóg – jak mawiają Rosjanie – „trojcu ljubit”. Jest więc w niebie Trójca – Ojciec, Syn i Duch. O tym słyszeli wszyscy, nawet niereligijni. Oczywiście nie wszyscy to rozumieją – ja też nie za bardzo – ale niezupełnie chodzi o to, by wszystko rozumieć, zwłaszcza kwestie z definicji trudne do pojęcia.

Trójca to przedmiot badania teologów, a ja zacząłem od filozofów. Filozofem zaś – bardziej „chłopskim”, bądź bardziej akademickim – jest każdy człowiek. Dlatego wypada w tym miejscu wspomnieć o „trójcy filozoficznej”. Cóż to takiego? To po prostu cała rzeczywistość, bo filozofów z prawdziwego zdarzenia interesuje wszystko, a więc Bóg, człowiek i świat. Każdy ambitny filozof stara się stworzyć spójny system, spójną wizję rzeczywistości i dlatego nie może pominąć żadnego z tych elementów. Gdyby bowiem pominął któryś z nich, w systemie byłaby poważna luka. Nawet systemy ateistyczne poświęcają wiele miejsca Bogu, starając się udowodnić, że Go nie ma, albo że można się bez Niego obejść.

Zatem Bóg, człowiek i świat. Jak widzisz, tę filozoficzną podróż zaczęliśmy od nieba, a skończyliśmy na ziemi, bo najbardziej interesuje nas ziemia, a raczej to, co się na niej znajduje. Nie jesteśmy w stanie zająć się całą ziemią, skoncentrujemy się więc na znanym nam z codziennego doświadczenia przyziemnym aspekcie rzeczywistości.

Chodzi nam o coś, co jest przyziemne… Przyziemne, a więc nie podziemne – jak kret; nie podziemne i nadziemne zarazem – jak drzewo; nie nadziemne, a jednocześnie podwodne – jak ryba; nie „wyjątkowo przyziemne” – jak aspiracje niektórych ludzi, lecz naprawdę przyziemne, a na dodatek mocno na niej osadzone. Cóż to takiego? W moim przekonaniu jest to DROGA.

„Droga – jak mówi najbardziej znana w Polsce ustawa, popularny Kodeks Drogowy – jest to wydzielony pas terenu...”. Definicja jest oczywiście dłuższa, ale już te trzy słowa (znów trzy) mówią bardzo wiele. Nie wydaje mi się, żeby któreś z tych pojęć było niezrozumiałe. Mam jednak ochotę poświęcić chwilę słowu „teren”. Co to jest teren? Teren, to każdy dowolnie określony fragment powierzchni lądowej. Termin ten spełnia taką samą funkcję jak „akwen” w odniesieniu do powierzchni wodnej. Bo „aqua” to woda, zaś „terra” to ziemia (stąd akwarium dla ryb, a terrarium dla chomika). A więc teren to ziemia! Wydzielony pas terenu to wydzielony pas ziemi! Droga może więc być wytyczona tylko w terenie, tylko na ziemi. Na morzu czy w powietrzu może być co najwyżej szlak, a nie droga! I słusznie, bo skoro droga to „wydzielony pas terenu”, więc wydzielony pas akwenu nie może być już drogą…

Ale czy ziemia to zawsze „teren”? Wygląda na to, że nie. Przypomina mi się jeden z wielu dowcipów-zagadek o blondynkach. Czy wiesz, dlaczego blondynki jedzą ziemię? To proste: robią to w przekonaniu, że „grunt to zdrowie”. Mamy więc znak równości pomiędzy „ziemią” i „gruntem”. Dobrze o tym wiedział koń sołtysa z Wąchocka, który ponoć się powiesił, bo... sołtys dokupił trochę gruntu. Mówi się też o przygruntowych – a nie przyziemnych – przymrozkach. Dodam jeszcze, że nie waham się przywoływać dowcipów o blondynkach i nie obawiam się, że w ten sposób kogoś obrażę, ponieważ za pojęciem „blondynka” kryje się dla mnie pewien typ osobowości, a więc płeć i kolor włosów nie mają tu decydującego znaczenia. To tak, gwoli wyjaśnienia.

Wróćmy jednak do „drogi”. Jest to „wydzielony pas terenu”, czyli gruntu. I w ten sposób te trzy słowa wyjaśniły nam jedną z kategorii, którymi posługuje się Kodeks Drogowy: droga gruntowa. Nie jest to zatem fragment definicji drogi, lecz pełna definicja drogi... gruntowej! Tymczasem Kodeks mówi, że droga gruntowa, to droga inna niż twarda. Chwileczkę! A skąd my wiemy, co to jest droga twarda? I nie powstrzymam się tu od filozoficznego pytania: co było pierwsze – droga twarda czy gruntowa? Jeżeli gruntowa – a tak było na pewno – to należałoby zgodnie z zasadami filozofii (a więc logiki) definiować nowe w oparciu o stare, nieznane w oparciu o znane. Wydaje mi się, że historycznie i logicznie było tak, ze najpierw ludzie wydzielili sobie jakiś pas terenu i zaczęli po nim częściej chodzić bądź jeździć i w ten sposób powstała pierwsza droga. Dopiero potem zdecydowali się ją z takich czy innych powodów utwardzić. Zatem to nie droga gruntowa winna być definiowana w oparciu o twardą – czymkolwiek jest utwardzona – lecz odwrotnie. Należałoby więc powiedzieć, że droga twarda to droga inna niż gruntowa, że jest to droga z jezdnią... i tak dalej.

Pozwolę sobie spuentować to filozoficzne wprowadzenie pewnym spostrzeżeniem. Jeśli jedziesz, jeśli kierujesz pojazdem, zawsze pozostajesz w pewnym trójwymiarze (znów trzy). Ten trójwymiar to droga, pojazd i znak. Zawsze jedziesz jakąś drogą – gruntowa lub twardą, wąską lub szeroką, jedno- lub dwukierunkową. I tak dalej, i tak dalej. Zawsze też jedziesz jakimś pojazdem – swoim bądź cudzym, większym lub mniejszym, starszym bądź nowszym. I zawsze też jesteś w relacji do jakiegoś znaku – ostrzegawczego, zakazu, nakazu; pionowego bądź poziomego. A tam, gdzie nie ma żadnego znaku, żadnej informacji, w jaki sposób powinieneś się na konkretnym odcinku drogi zachować, rolę znaku pełnią odpowiednie przepisy.

Wystarczy tej filozofii. Teraz technika. Mam oczywiście na myśli technikę jazdy, a nie technikę w ogóle.

Zacznijmy od startu. Jak pamiętamy, proces ruszania został przedstawiony w trzech punktach:

1)    GAZ
2)    PÓŁSPRZĘGŁO
3)    GAZ i SPRZĘGAJ

Jak już ruszymy, to trzeba samochód odpowiednio rozpędzić. I tu też można dopatrzyć się trzech punktów. Oto one:

1)    DWÓJKA
2)    TRÓJKA
3)    CZWÓRKA

Dlaczego pominąłem jedynkę i piątkę? Bo jeśli jedynka, to start, a piątka to już żadne rozpędzania. Standard – w obszarze zabudowanym – to czwórka. A dlaczego DWÓJKA została podkreślona? Bo na dwójce przyspieszenie jest najbardziej efektowne.

Hamowanie też dokonuje się „na trzy”:

1)    HAMULEC
2)    SPRZĘGŁO
3)    HAMULEC

Hamulec – żeby zwolnić, sprzęgło – żeby przy okazji hamowania nie wyłączyć silnika i znów hamulec – żeby się zatrzymać dokładnie w tym miejscu, w którym zamierzyłeś.

Również zawracanie z użyciem biegu wstecznego zwane jest popularnie „zawracaniem na trzy”:

1)    skręt w lewo (najczęściej) na biegu drugim lub pierwszym (w zależności od okoliczności),
2)    skręt w prawo (jeżeli pierwszy był w lewo) na biegu wstecznym,
3)    i znowu skręt w lewo (na biegu pierwszym).

Także przy skręcaniu możemy wyróżnić trzy etapy:

1)    zwolnienie i redukcja przed zakrętem,
2)    „ruch jednostajny po okręgu” na trójce, dwójce, bądź jedynce (w zależności od geometrii zakrętu),
3)    przyspieszenie przy wychodzeniu z zakrętu.

Kontrola sytuacji przy pomocy lusterek:

1)    lewe,
2)    wewnętrzne,
3)    prawe.

Twój wzrok powinien nieustannie krążyć od lewej strony do prawej, zahaczając o każde z tych lusterek. Nie możesz ani przez chwilę nie wiedzieć, jakich masz sąsiadów – czy są blisko Ciebie, czy jadą szybko. Musisz ich obserwować i starać się – na podstawie ich zachowania – przewidzieć, co za chwilę zrobią.

W każdym manewrze da się dostrzec trzy etapy:

1)    ocena sytuacji (powinna być bezbłędna)’
2)    decyzja (powinna być szybka),
3)    działanie, czy wykonanie (powinno być skuteczne).

Można by znaleźć jeszcze kilka trójkowych schematów, jak chociażby zabezpieczenie samochodu zaparkowanego na wzniesieniu:

1)    hamulec postojowy (zaciągnięty ręczny),
2)    bieg przeciwny do nachylenia jezdni (jedynka bądź wsteczny),
3)    przednie koła skierowane w kierunku krawężnika (jeśli takowy jest) w taki sposób, żeby oparły się o ten krawężnik, gdyby wymienione wyżej zabezpieczenia nie wystarczyły,

ale nie należy mnożyć bytów bez potrzeby (co z kolei jest filozoficzną zasadą zwaną „brzytwą Ockhama”).

Było już trochę filozofii i trochę techniki. Nadszedł czas na etykę. Chodzi o Twoją postawę na drodze – Twoją i każdego innego kierowcy. Jeśli bowiem coś ma się zmienić na lepsze na naszych drogach, trzeba – zgodnie z zasadą głoszoną przez mistrzów duchowych Wschodu i Zachodu – zacząć od siebie. Jaka zatem ma być Twoja postawa na drodze? Ją również można streścić w trzech punktach. Są to:

1)    SPOKÓJ zamiast NAPIĘCIA,
2)    ŻYCZLIWOŚĆ zamiast CHAMSTWA,
3)    PO-PRAW-NOŚĆ zamiast BEZPRAWIA.

Mniej o jeden punkt – byłoby za mało, więcej o jeden – za dużo. W tym wypadku rzeczywiście trinum perfectum est.

Spokój zamiast napięcia. Będzie tak wtedy, gdy nauczysz się jeździć – gdy nauczysz się panować nad samochodem, a tym samym nie będziesz się bał każdej trudniejszej sytuacji, a w niej siebie samego. Będzie tak wtedy, gdy umiejąc już jeździć, nie będziesz się starał wykorzystać wszystkich możliwości Twojego samochodu. Będzie tak wtedy, gdy Twój samochód nie stanie się dla Ciebie wyłącznie przyrządem do spieszenia się, nie będzie jedynie środkiem transportu, lecz zostanie potraktowany jako narzędzie komunikacji z innymi ludźmi. Jeśli Twoja dziewczyna lub żona zdoła się kompletnie pomalować siedząc obok ciebie (a Twój chłopak zdrzemnąć), to znaczy, że jedziesz spokojnie. Zarówno Twój spokój, jak i napięcie emanuje na współpasażerów, a także na innych uczestników ruchu. Czy potrafisz – obserwując zachowanie innych kierujących – odróżnić spokojnych od spiętych?

Życzliwość zamiast chamstwa. Czy spotkałeś się z nieżyczliwym zachowaniem na drodze? Jeśli ktoś postąpił wobec Ciebie nieżyczliwie, nie odwzajemniaj mu. Bo w ten sposób przyczynisz się do pomnożenia nieżyczliwości. Zamiast kląć na tego człowieka, życz mu – na głos lub w myślach – szczęścia: „Szczęść Boże”, „God bless you” – wszystko jedno jak. Jeśli nie chcesz w to wszystko mieszać Boga, bo jesteś, na przykład, buddystą, to pamiętaj, że życzliwość w buddyzmie jest wartością podstawową. Możesz po prostu wypowiedzieć pod jego adresem słowo „życzenie”, bez określania czego mu życzysz. „Życzenie”, „życzenie”, „życzenie”. Ile razy ktoś Cię zdenerwuje – „życzenie”. Nie rozdrabniaj się, szkoda na to czasu. Samo „życzenie” wystarczy. „Życzenie” jest owocem życzliwości. A gdybyś nie miał pewności, czy jesteś wystarczająco życzliwy; gdybyś obawiał się, że Twoja życzliwość kończy się na słowach, albo na tym jednym słowie, wpuść kogoś, kto już długo czeka na drodze podporządkowanej. Twojej pozycji na drodze nikt ci już nie odbierze. Natomiast tamten człowiek, zachęcony Twoim postępowaniem, pewnie wpuści przed siebie kogoś innego. A skąd wiesz, że nie wywoła to reakcji łańcuchowej? Kiedyś i tobie ktoś ustąpi pierwszeństwa. Nawet gdyby Twoja życzliwość nie była bezinteresowna, lecz podyktowana pragnieniem, żeby i Ciebie kiedyś ktoś życzliwie potraktował, to i tak dobrze.

Poprawność zamiast bezprawia. Po-praw-ność, czyli jazda zgodna z prawem, z przepisami. Widzisz na co dzień, ile bezprawia jest na drogach. A wszyscy mówią, że chcieliby, żeby było inaczej. Jeśli ktoś zajedzie Ci drogę, nie wyprzedzaj go, by natychmiast odwdzięczyć mu się w ten sam sposób. Ten człowiek nie jest w tej chwili otwarty na oświecenie z Twojej strony. A taka terapia może się i dla ciebie przykro skończyć. Zostaw stróżom prawa egzekwowanie prawa, a sam pokaż, jak się jeździ po-praw-nie, czyli zgodnie z prawem.

Wyznaczenie tych trzech cech, charakteryzujących etyczną postawę kierowcy, nie przyszło mi z wielką trudnością, choć – jak zwykle przy tego rodzaju twórczości – pokreśliłem kilka kartek. Ale gdy już uznałem, że to waśnie to, przeżyłem małe olśnienie. Przecież to schemat, którego niegdyś św. Franciszek z Asyżu użył do skomponowania swojej słynnej modlitwy. Pozwolę sobie przytoczyć ją tutaj:

O Panie, uczyń mnie narzędziem Twojego pokoju,
abym siał miłość tam, gdzie panuje nienawiść;
wybaczenie tam, gdzie panuje krzywda;
jedność tam, gdzie panuje zwątpienie;
nadzieję tam, gdzie panuje rozpacz;
światło tam, gdzie panuje mrok;
radość tam, gdzie panuje smutek.

Spraw abym mógł,
nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
nie tyle szukać miłości, co kochać;

albowiem dając, otrzymujemy;
wybaczając, zyskujemy przebaczenie,
a umierając, rodzimy się do wiecznego życia.

Przez Chrystusa Pana naszego.

Na koniec jeszcze jedna ważna dla mnie trójka. Otóż od jakiegoś czasu dzielę ludzi na trzy kategorie. Jeśli ktoś mnie przekona, że ten podział powinien być inny, zmienię poglądy. Póki co, jest tak, jak to niżej przedstawię. Kazimierz Pawlak ze znanej polskiej komedii powiedział razu pewnego, że Polacy nie dzielą się na tutejszych i kresowych, lecz na mądrych i głupich. Może to i prawda, ale dla mnie ten podział nie jest wystarczający. Według mnie Polaków i nie tylko Polaków, lecz wszystkich ludzi należy podzielić na trzy kategorie, na

1)    MĄDRYCH
2)    INTELIGENTNYCH
3)    i GŁUPICH.

Punktem wyjścia do takiego podziału, było pytanie, które mi kiedyś zadał pewien mężczyzna. Myślę, że był to człowiek mądry. Pytanie brzmiało: „Jaka jest różnica pomiędzy człowiekiem inteligentnym, a mądrym?”.

Przyznam, że nie bardzo czułem tę różnicę. Wtedy słowa „mądry” i „inteligentny” były dla mnie synonimami. Nie chciałem się wygłupić, więc zwlekałem z odpowiedzią. Po chwili mężczyzna ten widząc, że chyba nic specjalnego nie wymyślę, sam zdecydował się udzielić odpowiedzi. „Człowiek inteligentny – zaczął – to taki człowiek, który znajdzie wyjście z sytuacji bez wyjścia”.

Czy trzeba czegoś więcej? Czym więc może przewyższyć człowieka inteligentnego człowiek mądry? Znaleźć wyjście z sytuacji bez wyjścia! To cudowne i – można by powiedzieć – wystarczające. Ale ciekawość nie pozwoliła mi nie zapytać o człowieka mądrego. Cóż to za człowiek? „To człowiek – wyjaśniał dalej wspomniany mężczyzna – który nigdy nie znajdzie się w takiej sytuacji”. („W takiej sytuacji” znaczy oczywiście „w sytuacji bez wyjścia”.)

Zatkało mnie. W tym momencie przeżyłem jedno z wielu małych życiowych oświeceń. Poznałem rozwiązanie koanu (to taka zagadka, której rozwiązanie ma przybliżyć adepta zen do oświecenia). W tym momencie wiedziałem już, że chciałbym być nie tylko człowiekiem inteligentnym, lecz przede wszystkim człowiekiem mądrym. Nie przeszkadzałoby mi nawet, gdyby inni byli bardziej inteligentni ode mnie (bo wielu takich jest), bylem był wystarczająco mądry (nawet nie mądrzejszy od innych, ale na tyle mądry, żeby nie pakować się w sytuację, dzięki której ktoś mógłby uznać mnie za człowieka inteligentnego).

Na tym nie koniec moich życiowych rozważań. Gdyby po świecie chodzili tylko ludzie inteligentni i mądrzy, byłoby cudownie. Ale tak niestety nie jest. Bo na świecie są jeszcze ludzie głupi. To tacy, którzy nie są w stanie znaleźć wyjścia z sytuacji bez wyjścia, a w sytuacji tej znaleźli się na własne życzenie. Ludzie głupi szkodzą nie tylko sobie, ale i innym. Jeśli inteligentni znajdują wyjście z sytuacji bez wyjścia, to znaczy, że potrafią naprawić swoje błędy i usunąć wyrządzone przez siebie szkody. Po ludziach głupich ktoś inny musi porządkować świat.

A teraz mały sylogizm. Skoro ludzie dzielą się na mądrych, inteligentnych i głupich, a kierowcy są ludźmi, to znaczy, że i na drodze możemy spotkać mądrych, inteligentnych i głupich jej użytkowników.

Zacznijmy od inteligentnych, czyli takich, którzy potrafią znaleźć wyjście z sytuacji bez wyjścia. Za taką klasyczną sytuację bez wyjścia na drodze możemy uznać poślizg: samochód jedzie tam, gdzie chce, a nie tam, gdzie Ty byś chciał, żeby jechał. „Inteligentni”, czyli wyćwiczeni w sztuce wychodzenia z poślizgu kierowcy potrafią znaleźć wyjście z tej sytuacji. I bardzo dobrze.

Słyszałeś pewnie, iż powiedzenie, że „samochód wpadł w poślizg” mija się z prawdą. Jak podkreślają znawcy zagadnienia, samochód „sam” w poślizg nie wpada. Za to, że samochód wpadł w poślizg, odpowiedzialny jest kierujący nim człowiek. Stało się to, co się stało, jeśli nie przez jego głupotę, to w najlepszym wypadku przez nieostrożność. A skoro to nie sam samochód wpada w poślizg, lecz jest w taki stan wprawiany przez jego użytkownika, to znaczy, że istnieje alternatywa – mądrość, a więc taki sposób prowadzenia pojazdu, który nie dopuszcza do poślizgu.

Trudno nie nazwać kierowcy, który jedzie na granicy bezpieczeństwa, albo wsiada do samochodu pod wpływem alkoholu, człowiekiem głupim. Taki człowiek naraża siebie i innych na znalezienie się w sytuacji bez wyjścia. Taką sytuacją na pewno jest wypadek śmiertelny, czy trwałe kalectwo. Takie rzeczy mogą się zdarzyć, ale niechże będą one skutkiem nagłego trzęsienia ziemi, lub innych niezależnych od człowieka okoliczności, a nie ludzkiej nieostrożności, czy wręcz głupoty.

Zauważyłeś pewnie, że w tym układzie – mądrość-inteligencja-głupota – mądrość i głupota nie mają ze sobą żadnych punktów stycznych. Jak ktoś jest mądry, to nie głupi i odwrotnie. Ale inteligencja graniczy zarówno z mądrością, jak i głupotą. Można więc być zarazem inteligentnym i mądrym oraz – niestety – inteligentnym i głupim. Jak to wygląda w praktyce?

Zdarzyć się może, że ktoś nie okazał się wystarczająco mądry, w wyniku czego znalazł się w trudnej sytuacji, ale z kolei w tej sytuacji okazał się na tyle inteligentny, że znalazł z niej wyjście. To na przykład taki ktoś, kto poświęcił wystarczająco dużo czasu pod kierunkiem odpowiedniego instruktora i na odpowiednim torze, żeby nauczyć się wyprowadzać samochód z poślizgu. Jako człowiek mądry starał się jak mógł, żeby nie wpaść w poślizg, ale zdarzyło się. Jednak dzięki zdobytym umiejętnościom znalazł wyjście z tej sytuacji. Mądrze postąpił, że wcześniej zdecydował się na takie szkolenie, zaś „inteligencja”, czyli odpowiednie umiejętności sprawiły, że uszedł z tej sytuacji cało i zdrowo. Taki kierowca różni się od głupiego tym, że nie wprowadza celowo samochodu w poślizg, żeby się popisać swoimi umiejętnościami, lecz jeśli ten poślizg już mu się zdarzył – wychodzi z niego.

Głupi kierowca to taki, który uważa, że jest na tyle „inteligentny”, na tyle opanowany i wyszkolony, że może sobie pozwolić na brawurowe zachowanie. Przecież on poradzi sobie w każdej sytuacji... Popatrz na tych, którzy tak bardzo chcą się popisać swoją inteligencją, swoimi umiejętnościami, swoimi zdolnościami do wychodzenia z sytuacji bez wyjścia, że w rezultacie tego rzeczywiście wpadają w taką sytuację, lecz, niestety, nie wychodzą z niej – cało i zdrowo – a ich zachowanie uznane zostaje za głupie.

Bądź inteligentny (umiejętność odnajdywania się w trudnej sytuacji), ale kieruj się mądrością. Bądź mądry i unikaj sytuacji bez wyjścia, a jeśli się w niej znajdziesz – ratuj się inteligencją. Jeśli jednak zechcesz popisać się swoją inteligencją, Twoje zachowanie może zostać ocenione jako głupie. Naucz się znajdować wyjście z sytuacji bez wyjścia i jednocześnie unikać takich sytuacji. Nie prowokuj takich sytuacji, bo może się okazać, że twoje zachowanie ocenione zostanie jako głupie, a nie inteligentne, czy mądre. Nie postępuj głupio, a oszczędzisz cierpienia sobie i innym. Niech Twoje pojawienie się na drodze będzie dla innych jej użytkowników błogosławieństwem, a nie przekleństwem.
 

Lekcja 12. Egzamin – plac, miasto, umysł

Egzamin praktyczny zaczyna się na placu. Masz tam do wykonania trzy zadania (znów trzy?). Powinieneś 1) sprawdzić stan techniczny podstawowych elementów pojazdu, odpowiedzialnych bezpośrednio za bezpieczeństwo jazdy, 2) przejechać płynnie pasem ruchu do przodu i do tyłu, korzystając z pomocy lusterek i tylnej szyby (nie możesz dotknąć lusterkiem tyczki, ani przejechać którejś linii – zaczynasz w polu zatrzymania, dojeżdżasz do następnego pola i wracasz do punktu wyjścia), 3) udowodnić, że potrafisz ruszyć do przodu na wzniesieniu i że przy tym manewrze samochód nie cofnie się więcej niż dwadzieścia centymetrów, a silnik nie zgaśnie.

Można by tu jeszcze wchodzić w detale w rodzaju co znaczy „przejechać przez linię”, albo „korzystać z lusterek”. Lusterka są dwa (nie licząc wewnętrznego), zatem możesz korzystać z obu, z prawego tylko, czy – jak się czasem słyszy – z żadnego? A co do linii, to mamy odpowiednią szerokość opony, jak również odpowiednią szerokość linii. W jakim stopniu te dwie wielkości mogą się zazębić, żeby zadanie zostało jeszcze uznane za zaliczone, lub już za niezaliczone? W moim przekonaniu zapis prawny odnoszący się do tego zadania nie jest precyzyjny. Co więc masz zrobić? Najlepiej przejechać środkiem pasa i zatrzymać się w środku pola. Stań ponad tym brakiem precyzji w formułowaniu przepisów dzięki precyzji jazdy!

Zacznijmy od zadania pierwszego. Owo sprawdzanie na egzaminie stanu technicznego podstawowych elementów pojazdu, odpowiedzialnych bezpośrednio za bezpieczeństwo jazdy jest odzwierciedleniem tego, co będziesz robił po uzyskaniu upragnionego dokumentu, gdy zdecydujesz się skorzystać z samochodu.

Podchodząc do samochodu warto obejrzeć go z grubsza z zewnątrz. Mogło pęknąć któreś z lusterek. Mogłeś wieczorem najechać na gwoździa, o czym nie wiedziałeś, a do rana zeszło z opony powietrze. Naprawdę warto to zrobić – przekonałem się o tym kilka razy.

Następnie otwierasz – najpierw od wewnątrz, a potem od zewnątrz – pokrywę silnika, odpowiednio ją zabezpieczasz i sprawdzasz poziom oleju w silniku, poziom płynu chłodzącego, poziom płynu hamulcowego i poziom płynu w spryskiwaczach. O szczegóły pytaj swojego instruktora.

Potem sprawdzasz działanie świateł zewnętrznych pojazdu i sygnału dźwiękowego. Tych świateł trochę jest, warto więc wiedzieć, jaka to suma, jak się te światła nazywają oraz gdzie ich szukać. Jeśli chodzi o ten punkt programu, to przygotowałem dla Ciebie specjalny wierszyk. Oto on:

PO-MI-DRO
PO-CO-PRZE
HA-TA-OD
AW-KIE-DŹWIĘK

W wierszyku tym rymują się – z grubsza oczywiście – sylaby wersetów 1-3 oraz 2-4. Powtórz sobie ten wierszyk tyle razy, żebyś mógł go wyrecytować w dwie sekundy. Na wypadek, gdyby ten zlepek sylab niewiele Ci mówił, rozbiję go na mniejsze części, które następnie poddam krótkiej analizie. Mamy więc tu podział na światła z przodu, z tyłu i z każdej strony samochodu:

przód
PO---MI---DRO

tył
PO---CO---PRZE
HA---TA---OD

z każdej strony
AW---KIE---DŹWIĘK

Co oznaczają te akronimy?

Z przodu są światła PO-zycyjne, MI-jania i DRO-gowe;

z tyłu światła PO-zycyjne, CO-fania i PRZE-ciwmgielne,
ale także HA-mowania, oświetlające TA-blicę rejestracyjną i OD-blaskowe;

zaś z każdej strony, a więc z przodu, z tyłu i po bokach – światła AW-aryjne, KIE-runkowskazy, oraz sygnał DŹWIĘK-owy (sygnał dźwiękowy nie jest oczywiście światłem, ale trzeba sprawdzić jego działanie, zaś sam dźwięk rzeczywiście rozchodzi się na wszystkie strony świata).

To są oczywiście światła obowiązkowe, więc innych nie wymieniam. Jeśli nie wiesz, jak one wyglądają i jak są rozmieszczone, poproś o pomoc swojego instruktora, albo poszukaj jej w odpowiednim podręczniku. Myślę, że tu nie miejsce na to, żeby wchodzić w te detale.

Po sprawdzeniu działania świateł czeka Cię bezpośrednie przygotowanie do jazdy, a więc ustawienie fotela w poziomie (siedzisko) i pionie (oparcie), ustawienie zagłówka, a następnie lusterek. Potem zapinasz pas bezpieczeństwa, upewniasz się, czy zamknięte są wszystkie drzwi. Wreszcie włączasz silnik, światła mijania, upewniasz się, czy możesz jechać (ocena sytuacji wokół pojazdu) i płynnie ruszasz.

Myślę, że schemat ten znasz już na pamięć. Jeśli nie, najwyższy czas, żeby się go nauczyć. Poczytaj na ten temat w odpowiednim dzienniku ustaw, albo w podręczniku do nauki jazdy w zakresie kategorii B, żeby mieć świadomość wszystkich szczegółów (to, co piszę, może być dodatkiem do twojego podręcznika, z pewnością nie powinno go zastąpić).

Ostatnim zadaniem egzaminacyjnym na placu manewrowym jest ruszanie na wzniesieniu. Jeśli nie pamiętasz, jak to należy zrobić, wróć do lekcji siódmej.

Najwięcej trudności sprawia osobom egzaminowanym „płynna jazda pasem ruchu do przodu i do tyłu”. Nie byłoby w tym zadaniu nic trudnego, gdyby ów pas nie był zakrzywiony. Ale jest – i stąd ta trudność.

Pomińmy jazdę do przodu, a skoncentrujmy się na jeździe do tyłu. Jeśli o mnie chodzi, to – żeby było łatwiej i szybciej – zaczynam naukę jazdy pasem ruchu do tyłu od jazdy po linii prostej. Mój kursant nie dojeżdża więc do końca pasa, lecz jedzie prosto tak długo, jak to tylko jest możliwe, a następnie zatrzymuje się na zakręcie tak, by nie przejechać linii z lewej strony.

W tym momencie wyłączamy na chwilę silnik, a ja sięgam po moją ulubioną zabawkę edukacyjną, czyli… pistolet. Pytam wtedy: „Co znaczy ‘trzymać kogoś na muszce’?”. Panowie nie mają problemów z odpowiedzią, a panie szybko domyślają się, o co chodzi (zwłaszcza wtedy, gdy w ich kierunku wykonuję odpowiedni ruch pistoletem).

Żeby mieć pewność, że się rozumiemy, pokazuję muszkę na końcu lufy i szczerbinkę na jej początku informując, że są to przyrządy celownicze. Lufa jest idealnie prosta, muszka znajduje się na jej środku i szczerbinka też. Jeśli będziesz miał słupek – jeden z tych, pomiędzy którymi jeździsz – na muszce, a muszkę w szczerbince i przy strzale nie zadrży Ci ręka, trafisz w ten słupek.

Ale co to ma wspólnego z jazdą samochodem? Zdążyłeś się już chyba przekonać, że w moim przypadku na jakąż analogię pomiędzy samochodem a pistoletem zawsze można liczyć. I tak każdy samochód – podobnie jak pistolet – ma oś symetrii. Ta oś symetrii pełni rolę przyrządów celowniczych. Do jazdy do tyłu – tak samo, z resztą, jak do przodu – wykorzystujesz obydwie ręce, obydwie nogi i głowę. Jeśli chodzi o nogi, to proponuję układ GAZ-PÓŁSPRZĘGŁO, ale ostrożnie: bardzo mało gazu i może nawet ćwierćsprzęgło. Nie polecam pełnego sprzęgnięcia, bo wtedy samochód jedzie za szybko. Zatem trochę gazu, trochę sprzęgła i odpowiednie balansowanie tymi pedałami.

Teraz ręce. Prawą uchwyć się pręta, na którym jest zagłówek pasażera i użyj tej ręki do naciągnięcia się w kierunku środka samochodu, w kierunku jego osi symetrii. W tym celu konieczna jest współpraca całego ciała. Mówiąc prościej nic się nie stanie, jeśli w tym wychyleniu się do środka przekręcisz się w prawo tak, żeby położyć się na prawym biodrze na skraju swojego fotela. Bo tylko w ten sposób Twoja głowa znajdzie się w środku samochodu, czyli na jego osi symetrii. Jeśli masz już głowę na osi symetrii samochodu, to teraz postaraj się ją wznieść jak najwyżej. Dzięki temu będziesz lepiej wszystko widział przez tylną szybę.

Lewą rękę trzymaj na kierownicy – najlepiej na godzinie 2-giej (tak najwygodniej i „najsterowniej”). Staraj się jechać tak, by utrzymywać kurs na środkowy słupek w polu zatrzymania, do którego zmierzasz. Jeśli utrzymasz głowę na osi symetrii samochodu i słupek na środku szyby, to będzie to „linia strzału”. Cała jazda to celowanie w ten słupek. Gdy już się przed nim zatrzymasz, możesz uznać, że był to strzał jeśli nie w dziesiątkę, to na pewno w tarczę. Patrząc przez szybę używaj obu rąk – prawej do utrzymania głowy (a więc wzroku) na osi symetrii, a lewej do korygowania toru jazdy. Mają to być drobne ruchy. Gwałtowny ruch może spowodować, że zaczniesz jechać zygzakiem. Przejedź tak kila razy, aż poczujesz radość z faktu, że jedziesz prosto i środkiem, a nie od lewej strony do prawej i od prawej do lewej.

Gdy nam to tak dobrze idzie – a tak właśnie idzie – nie potrafię się powstrzymać od pytania: „Czy słyszałeś powiedzenie, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia?”. Starsi kursanci przeważnie odpowiadają twierdząco, jeśli zaś o młodszych chodzi, to bywa, że nie słyszeli. To dobry znak, bo widać, że młodzieży obca jest filozofia marksistowska, jak również praktyczny… relatywizm. Czy teza Marksa, że „byt określa świadomość”, jest słuszna? W przypadku jazdy do tyłu – zdecydowanie TAK. Jeśli bowiem ograniczysz się jedynie do odwrócenia i nieznacznego wychylenia głowy poza fotel, będziesz może widział dobrze, ale nie to, co trzeba. Nie będziesz widział przez tylną szybę tego słupka, w który powinieneś celować. Żeby go zobaczyć, skręcisz kierownicę w lewo. Ale w wyniku tego tył samochodu (a za tyłem cała reszta) pojedzie… również w lewo. Zauważysz wtedy, że niebezpiecznie zbliżasz się do linii po lewej stronie. Nie chcąc na nią najechać gwałtownie skręcisz w prawo. Samochód tym samym zacznie zmierzać do linii z prawej strony. Niezbyt to budujący widok. Dzieje się tak, ponieważ punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a ty siedzisz w nienajlepszym do jazdy do tyłu punkcie. Wychyl się mocno do środka. Użyj do tego prawej ręki – podciągnij się na niej. Gdy Twoje oko celujące znajdzie się na osi symetrii samochodu, na której przedłużeniu będzie również środkowy słupek w polu zatrzymania – Twój „strzał” będzie celny.

A ponieważ takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie (Jan Zamoyski), nie mogę się w tym miejscu powstrzymać od wyrażenia własnego przekonania, że punkt widzenia w stu procentach zależy od punktu siedzenia wyłącznie w przypadku ludzi niedojrzałych. Bo nie wyobrażam sobie, że jeśli się wzbogacę, to biedniejszych od siebie uznam za nieudaczników życiowych. Nie wyobrażam sobie, że jeśli stać mnie będzie na luksusowy samochód, to z ironią będę się wypowiadał na temat właścicieli „maluchów” (czy też samych „maluchów”). Tak w ogóle to zdarzyło mi się już być bezrobotnym, a co za tym idzie, niezbyt bogatym, jak również posiadać „malucha”. W przypadku ludzi dojrzałych na punkt widzenia wpływa nie tylko punkt siedzenia, ale także pamięć i wyobraźnia. Dobra pamięć przypomni Ci, kim byłeś, a jeśli nie było najgorzej, to wyobraźnia powinna Ci podpowiedzieć, kim lada chwila możesz się stać. Fortuna kołem się toczy. Nie bądź głupi, lecz mądry. Jeśli zostaniesz kiedyś kierowcą ciężarówki, albo autobusu, nie daj się uwieść punktowi siedzenia – pamiętaj o tym drobiazgu, który nie sięga ponad wysokość kół Twojego potężnego pojazdu. Nie zapomnij o tym, że w tych osobówkach również są ludzie, którzy nie mniej, niż Ty kochają życie.

Znów mnie poniosło. Dość moralizowania. Do przerobienia został najtrudniejszy odcinek – ten fragment pasa ruchu, który popularnie zwiemy łukiem. Jak go pokonać? Można to zrobić na dwa sposoby – na pamięć, albo na wyczucie. Dobrze by było, gdybyś zrobił to tym drugim sposobem. Po kilku próbach przekonasz się, że samochód ucieka Ci bardziej w kierunku jednej z linii. Musisz więc odsunąć się od niej, żeby jechać środkiem. Wiem, że łatwo mi się mówi. Przypominam o bardzo powolnej jeździe, która jest trudniejsza od jazdy szybkiej. Najlepiej – jak to już powiedziałem – GAZ-PÓŁSPRZĘGŁO. Staraj się unikać manewrowania samym sprzęgłem. Gaz daje Ci gwarancję, że nie wyłączysz silnika zbyt szybkim uwolnieniem pedału sprzęgła. Jeżeli trudno Ci posługiwać się sprzęgłem i gazem jednocześnie, pozostaje samo sprzęgło. Ostrożnie je uwalniaj, żeby silnik nie zgasł (przypomnij sobie to, co pisałem o kotlecie), a gdy się okaże, że samochód jedzie za szybko, natychmiast je wciśnij. Wtedy samochód zwolni, bo odłączysz od niego silnik.

Jeśli nie potrafisz przejechać tego odcinka na wyczucie, pozostaje odwołanie się do jakiegoś skutecznego schematu. Nie jest tajemnicą, że jeden pełny obrót kierownicy w prawo w odpowiednim miejscu wystarczy, a potem w lewo – gdy już znajdziesz się na prostej. Jazda powinna być powolna, a obrót szybki. W którym miejscu wykonać ten obrót? Wtedy, gdy prawe lusterko Twojego samochodu zbliża się do drugiego pachołka (pierwszy to ten, który kończy pole zatrzymania, a drugi to ten, który jest w odległości 1 m od niego). Patrz więc przez szybę tylnych drzwi z prawej strony, a kątem oka śledź ruch lusterka.

Kierownicę możesz w tym czasie trzymać albo jedną ręką, albo dwoma. Jeśli dwoma, to najlepiej położyć je na godzinie 9-tej i 3-ciej. Po obrocie ręce znajdują się w tym samym miejscu. Potem – gdy już znajdziesz się na prostej – tyle samo odkręć. Nie rób tego za wcześnie, bo wypadniesz poza linię z lewej strony. Najlepiej, jeśli zrobisz to na środku, ale możesz to uczynić nawet wtedy, gdy Ci się będzie wydawało, że już przekroczyłaś oś symetrii pasa w kierunku PRAWEJ linii. Zawsze łatwiej sprowadzić samochód do środka z prawej strony, niż z lewej.

Nie preferuję jazdy na pamięć, ale może to być jedyny sposób, żebyś wyszedł z łuku. Na mieście będziesz jeszcze miał szansę wykazać się swoimi umiejętnościami. Przecież nie każdemu wszytko jednakowo dobrze idzie. Jeśli to ten element nie najlepiej Ci wychodzi, to jeszcze nie znaczy, że jesteś złym kierowcą. A wracając do tego pełnego obrotu dodam, że bardzo mi przyjemnie, gdy widzę, jak ktoś, kto zna ten mechanizm, potrafi się nim posiłkować, nie będąc jednak od niego całkowicie uzależnionym. Unikaj działania całkowicie mechanicznego – wszak jesteś kierowcą, a nie samochodem.

A teraz miasto. Cóż mogę na ten temat napisać? Zapoznaj się z wymogami tej części egzaminu. Przeczytaj też dokładnie, jakie naruszenia przepisów skutkują przerwaniem egzaminu. Słuchaj uważnie poleceń egzaminatora, reaguj jak należy. I będzie dobrze.

*****

To prawda, że zdajesz egzamin na placu manewrowym i w ruchu miejskim. Jednak najbardziej pierwotnym miejscem wszystkiego, co się w Twoim życiu dzieje, jest Twój umysł. Umysł zaś, jeśli dobrze funkcjonuje, kieruje się odpowiednimi zasadami. Jest ich wiele, a mnie brak kompetencji, żeby ten temat rozwijać. Trzeba się jednak trzymać pewnych zasad, żeby twórczo i owocnie przeżyć życie.

Jakiś czas temu na nowo odkryłem znaną benedyktyńską zasadę, która stanęła u podstaw sukcesu Europy na arenie… międzykontynentalnej. Św. Benedykt, patron Europy, jest jej nauczycielem choćby dzięki bardzo praktycznej życiowej maksymie: „Módl się i pracuj”. O co chodzi w słowie „pracuj”, nie powinno budzić niczyich wątpliwości. Jeśli zaś chodzi o „modlitwę”, to pozwolę sobie pominąć jej ściśle religijne znaczenie. „Módl się i pracuj” odnosi się do Twoich przekonań i wynikającego z nich działania. „Modlitwa” to wszystkie twoje myśli.

Twoje przekonania – a więc Twoja „modlitwa” – wyrażają się w postaci spontanicznych lub celowych afirmacji i wizualizacji. Czym jest afirmacja? Pewnym przekonaniem, przeświadczeniem, twierdzeniem, że „jest tak”, a nie inaczej. Każdy z nas afirmuje, czyli akceptuje jakąś wizję rzeczywistości. Można by więc mówić o czymś w rodzaju afirmacji „fundamentalnej”, a także afirmacji „funkcjonalnej” (obydwie te nazwy wymyśliłem doraźnie, żeby móc łatwiej wyrazić, o co mi chodzi, więc nie szukaj ich w literaturze przedmiotu). Afirmacja fundamentalna wyraża nasze ogólne nastawienie życiowe, zwane optymizmem, bądź pesymizmem. Natomiast afirmacja funkcjonalna jest narzędziem, za pomocą którego na co dzień i w konkrecie wyrażamy owo ogólne nastawienie do życia.

Jeśli jesteś pesymistą, to nie podchodź do egzaminu, bo nie warto. Nawet nie zapisuj się na kurs jazdy. Jeśli zaś  nie jesteś pesymistą, to znaczy, że jesteś optymistą. Gdyby było inaczej, to prawdopodobnie nie czytałbyś moich słów. Bardzo się cieszę z tego, że jesteś optymistą, ale pozwól, że Ci coś powiem: bądź konsekwentnym optymistą. „Konsekwentny optymista” to w moim przekonaniu ktoś, kto nie tylko wierzy ogólnie, że na świecie jest więcej dobra niż zła, i że ludzie są lepsi niż gorsi, lecz konsekwentnie działa na rzecz dobra swojego i innych oraz oczekuje dobra od świata. I tu już w grę wchodzą konkretne afirmacje „funkcjonalne”. Afirmacja „funkcjonalna” – powtarzam – to afirmacja konkretna, pomagająca nam budować dobro – własne i innych – w konkrecie, w szczegółach.

Afirmacją „fundamentalną” mogłoby być przekonanie: „Zasługuję na to, by mieć prawo jazdy”. Jeżeli uważasz, że zasługujesz, bo włożyłeś w naukę wiele wysiłku i widzisz, że ten wysiłek przyniósł konkretne owoce, bo dobrze sobie radzisz na drodze, to wszystko w porządku. Chodzi tylko o to, żeby to przekonanie było odzwierciedleniem rzeczywistości, czyli Twoich umiejętności.

Jeśli to przekonanie będzie wystarczająco silne, przyniesie owoc w postaci zdanego egzaminu – nie ważne, za którym razem. Im wcześniej zdasz, tym lepiej. Życzę Ci, żeby to było za pierwszym razem. Ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że jeśli umiesz i myślisz, że umiesz, to wcześniej czy później zdasz. Twoje umiejętności zostaną dostrzeżone, a Twoje przekonanie „odebrane”.

Zdarzyło się to dawno, dawno temu – w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to uczęszczałem do szkoły średniej w Myślenicach. Fizyki uczył mnie prof. Andrzej Bała, którego nazwisko z przyjemnością tutaj przywołuję. Fizyka nie należała do moich ulubionych przedmiotów… Czasem jednak coś udawało mi się załapać. Zasługiwałem na ocenę dostateczną, ale zdarzały mi się także minus czwórki.

Pewnego dnia stanąłem pod tablicą poproszony przez Profesora do odpowiedzi. Do tablicy poszedłem w przekonaniu, że mi się udało, bo znam odpowiedź na pytanie, a więc rozwiążę „problem” (ulubione wyrażenie Profesora). Jednak gdy się zmagałem z tym problemem, słysząc jednocześnie pytania pomocnicze ze strony Profesora zrozumiałem, że on znów ma, w dziedzinie fizyki, nade mną przewagę.

– Nie umiesz tego, Konarski.
– Umiem – wyrwało mi się odruchowo.
– Nie umiesz!
– Umiem – powtórzyłem tylko dlatego, żeby mnie ktoś nie posądził o niekonsekwencję.
– Eee, siadaj, siadaj!

Usiadłem. Nie pamiętam, co wtedy dostałem. Może trzy. Może trzy z plusem. A może cztery minus. Nieważne.

Minęło kilka tygodni. Wystawianie ocen na koniec roku. Milczenie. Z naszej strony oczywiście. Skupiony Profesor studiuje to, co sam napisał w dzienniku, oceniając każdego z nas. Najpierw oceny bardzo dobre – zazwyczaj dwie, w porywach trzy. Potem dobre. Nadchodził jednak taki dzień, w którym nie było już miejsca na negocjacje, na udowadnianie, że ktoś umie na więcej, niż mu z ocen wychodzi. Co wychodziło, to było.

Profesor wymienił kilka osób, które zasłużyły na ocenę dobrą. Nie było mnie w tym gronie. Nie twierdzę, że się spodziewałem czwórki. Mówię tylko, jak było. I na tym właściwie kończyło się wystawianie ocen. Bo kto nie miał oceny bardzo dobrej, lub dobrej, ten miał „detę” – bardziej lub mniej zasłużoną.

Jeszcze chwila milczenia i słowa profesora:

– I… Konarski ma jeszcze dobry. Nie dlatego, że umie na dobry, ale dlatego, że sam uważa – te dwa słowa profesor zaakcentował bardzo mocno – że umie.

Umiałem, nie umiałem – nie ważne. Ocena bardzo dobra, dobra, czy dostateczna – nie ważne. I tak nie miałem zamiaru robić kariery w dziedzinie fizyki. Ładne świadectwo? W moim przypadku było czasem skutkiem, ale nigdy celem.

Jednak ocena dobra z fizyki – zasłużona lub nie – była faktem. Ciekaw jestem, jak by ten fakt wyjaśnili teoretycy pozytywnego myślenia. Jedna z hipotez mogłaby być taka: to moje przekonanie, że umiem na dobry, przyniosło taki rezultat. Może. Przypomnę, że moje przekonanie na ten temat nie było zbyt mocne. W takim razie inne wyjaśnienie: to przekonanie profesora odnośnie mojego przekonania przyniosło taki efekt. Może. Ale z tego, co pamiętam, jego przekonanie na temat mojej wiedzy było słabsze od mojego. Co więc sprawiło, że otrzymałem na koniec roku ocenę dobrą? Jeśli nie moje przekonanie, nie przekonanie profesora o moim przekonaniu, to co? Moje przekonanie na ten temat nie zmieniło się od lat: to poczucie humoru Pana Profesora sprawiło, że otrzymałem ocenę dobrą.

Zaraz, zaraz! A co by dało poczucie humoru Pana Profesora, gdyby nie znalazło jakiegoś punktu zaczepienia? No właśnie! To słowo „umiem”, które wypowiedziałem być może w przypływie wstydu, że znów nie umiem, stało się przyczyną sprawczą takiego werdyktu. Poczucie humoru profesora było w tym wypadku przyczyną narzędną. To moja afirmacja w postaci słowa „umiem” wydała taki owoc.

Jeśli umiesz i myślisz, że umiesz, to wcześniej czy później zdasz. Twoje przekonanie zostanie „odebrane”. Może się oczywiście zdarzyć, że raz czy drugi trafisz na egzaminatora, który ma niewystarczająco rozwinięty „zmysł odbioru” cudzych przekonań. Ale kiedyś trafisz na takiego, który doceni Twoje umiejętności i uszanuje Twoje przekonania.

Myślę, że to humorystyczne zdarzenie z moich szkolnych lat można by potraktować jako pewien archetyp, pewien wzorzec w kontekście pozytywnego myślenia. Coś tam umiałem i wiedziałem, że umiałem, a pozytywny skutek tej niezbyt dużej wiedzy i niezbyt mocnego przekonania nastąpił wtedy, gdy się tego zupełnie nie spodziewałem. Wszechświat nie tylko nas nagradza – czasem obsypuje nas podarunkami. Nagrodą za wiedzę byłaby dla mnie wtedy ocena dostateczna – ocena dobra była podarunkiem.

Można myśleć pozytywnie, albo negatywnie. Wybieramy wariant pierwszy, więc ani słowa więcej o myśleniu negatywnym. Jednak w myśleniu pozytywnym też możemy popełnić poważny błąd. Rozważmy trzy możliwości:

„Chciałbym zdać, ale na pewno mi się nie uda ZA PIERWSZYM RAZEM”.

Chciałbyś zdać – to element pozytywny, ale nie wierzysz, że Ci się uda – to już element negatywny. Aha, za pierwszym razem Ci się nie uda… A skąd wiesz, że za drugim Ci się uda? Czy uważasz, że za piątym razem powinieneś zdać, bo to już piąty raz? Jakieś poczucie sprawiedliwości? Bo za piątym razem to już ci się należy? Jeśli na to zasługujesz, jeśli umiesz wystarczająco dobrze jeździć, to zdasz – nie ważne za którym razem. W tym przypadku problemem nie jest „za pierwszym razem”, lecz „na pewno mi się nie uda”. Jak sądzisz, które wyrażenie ma większą siłę przebicia – „chciałbym”, czy „na pewno”? W twoim mózgu wyrażenie „na pewno” wzmocni odpowiednie sieci neuronowe i stanie się według słowa twego. W rzeczywistości zdanie, które rozważamy, jest przykładem afirmacji negatywnej. Wobec tego zdanie drugie:

„Na pewno zdam ZA PIERWSZYM RAZEM”.

Przepraszam, a skąd o tym wiesz? Zdasz za pierwszym, drugim, bądź kolejnym razem, jeśli na to zasługujesz, jeśli umiesz jeździć. A jeśli ktoś oceni Twoje umiejętności jako jeszcze niewystarczające? Trzeba przyznać, że chociaż afirmacja ta nie jest za bardzo udana (poprawna), to jednak daje Ci lepsze samopoczucie. Bo jeśli nie zdasz za pierwszym razem, to z pewnością zamienisz ją na afirmację: „Na pewno zdam za drugim razem”. I tak dalej aż do skutku.

Tego rodzaju myślenie jest wprawdzie myśleniem pozytywnym, ale nie do końca poprawnym.

Dlaczego przedstawione wyżej rozwiązania nie są właściwe? Dlatego, iż nie możesz zakładać, że Ci się nie uda, jak również nie możesz być pewien, że Ci się uda. Jak więc powinieneś postępować? Powinieneś sobie wyobrażać, jak jedziesz – jak jedziesz podczas egzaminu. To wyobrażenie powinno być pozytywne. Wyobrażaj więc sobie, jak poprawnie wykonujesz wszystkie polecenia egzaminatora, czyli wszystkie manewry. Wyobrażaj sobie, jak dobrze się przy tym czujesz.

Pozytywne myślenie, to podtrzymywanie pozytywnych obrazów odnośnie swojego życia i działania, to wyobrażanie sobie pozytywnych sytuacji, swojego pozytywnego zachowania. Umysł nie odróżnia rzeczywistości od mocnej sugestii. Na tym polega sukces wizualizacji, która jest drugim – obok afirmacji – aspektem  – twojej „modlitwy”.

Żeby zdać, trzeba umieć i mieć trochę szczęścia. Żeby umieć, trzeba się nauczyć. A szczęście? O ile mi wiadomo, ono też jest dla ludzi. Dlaczego miałoby go braknąć właśnie Tobie?

Nie wiem, czy dostrzegłeś afirmacyjny wymiar tego kursu. Co tylko było możliwe, starałem się przedstawiać w formie zwięzłych poleceń-afirmacji. Mamy więc

afirmację na start:

GAZ-PÓŁ-SPRZĘG-ŁO
GAZ-i-SPRZĘ-GAJ

Mamy również

afirmację na zmianę biegów:

ZGA-ZU-SPRZĘG-ŁO
ZMIA-NA-BIE-GU (WŁĄ-CZAJ-DWÓJ-KĘ / TRÓJ-KĘ...)
GAZ-i-SPRZĘ-GAJ

A choćby i ten wierszyk na temat zachowania się na zakręcie! Albo stwierdzenie, że JEŹDZIMY ZAPRZĘGIEM. Na pierwszych lekcjach ciągle to powtarzam, potem się wycofuję, aby afirmacja sama mogła działać w Tobie. Ty masz być jej „wyznawcą” (masz ją „wyznawać”, ciągle powtarzać) i wykonawcą (masz realizować swoje przekonania, masz postępować zgodnie z tym, co mówisz). Mówisz, co robisz, i robisz, co mówisz. To działa – wypróbowałem skuteczność tej taktyki na sobie i moich kursantach. Gdy ktoś gubi ten rytm, włączam „magnetofon”, czyli zaczynam recytować. Zazwyczaj po kilku powtórzeniach wszystko wraca do normy.

No, cóż,
BEZ AFIRMACJI
W JEŹDZIE NIE MA GRACJI.

Jak widzisz, zapewniłem Ci pewien „podstawowy zestaw afirmacyjny do nauki jazdy”. Jeśli zaś chodzi o wizualizację, to już zadanie wyłącznie dla Ciebie. Ale i tak chętnie zaproponuję Ci pewną bardzo pomocną technikę. Jest to działanie „jak gdyby”. Usiądź więc wygodnie i wyobrażaj sobie, że jedziesz samochodem, „jak gdyby” to był Twój chleb powszedni (bo przecież na razie nie jest). Przejedź w wyobraźni przez wszystkie skrzyżowania, które znasz ze swojego kursu i zachowaj się tak, jak gdybyś był już wieloletnim, doświadczonym kierowcą. Używaj swoich oczu, rąk i nóg, jak gdybyś był integralną częścią samochodu, którym jedziesz.

Osobiście bardzo chętnie posługuję się tą metodą. Gdy jadę sam, zachowuję się „jak gdyby” mi się nigdzie nie spieszyło. Albo jadę tak, „jak gdybym” komuś demonstrował jak to należy robić zgodnie z zasadami sztuki. Nie wiem, czy uwierzysz, ale bardzo to wpływa na jakość mojej jazdy.

Jeśli zgodzisz się ze mną, że różne symulatory bardzo pomagają w przygotowaniu do rzeczywistej jazdy, to wyobraźnia jest właśnie takim symulatorem, a wizualizacja – Twoim sposobem jej wykorzystania. W pewnym momencie wizja tego, jak jedziesz, stanie się rzeczywistością. Sam nie będziesz wiedział kiedy. Oby jak najszybciej. Można powiedzieć, że pomiędzy wyobrażaniem sobie „jak gdyby” i działaniem „jak gdyby” nie ma różnicy. Owszem, można mówić o różnicy dopóki nie wsiądziesz do samochodu. Gdy już się w nim znajdziesz i zaczynasz jechać, nie potrafisz tego robić inaczej, niż to sobie wyobrażałeś – niż to sobie wyobrażasz. Czyny są dziećmi myśli.

Działanie „jak gdyby” nie jest żadnym udawaniem – to po prostu pewna forma uprzedzenia tego, co ma nastąpić. Edison najpierw wyobraził sobie żarówkę, a potem ją skonstruował. Ty najpierw wyobrażasz sobie siebie jako dobrego kierowcę i dzięki tym wyobrażeniom stopniowo się nim stajesz. Jesteśmy tym, o czym myślimy. Może nie od razu, w pełni, ale zawsze.

A teraz popatrz na siebie z punktu widzenia egzaminatora. Skąd on ma wiedzieć, czy Ty umiesz jeździć, czy też jedynie zachowujesz się tak, „jak gdybyś” umiał. Oceni więc to, co zobaczy. Ty zaś – zanim przystąpisz do egzaminu – powinieneś sobie jak najczęściej wyobrażać to, co on ma zobaczyć. „Módl się i pracuj”. Afirmacja i wizualizacja to Twoja „modlitwa”, działanie „jak gdyby” – praca. Twoja wizualizacja „jak” dobrze jeździsz (poparta działaniem) przyniesie owoc w postaci przeświadczenia egzaminatora, „że” dobrze jeździsz.

Zdarzyło mi się już w tej lekcji wyrazić przekonanie: „Jeśli umiesz i myślisz, że umiesz, to wcześniej czy później zdasz”. Nie wystarczy umieć. Umieć i myśleć, że się umie, to klucz do sukcesu. A jak mam myśleć – może zapytasz – skoro jeszcze nie umiem? Zastąp więc słowo „że” słowem „jak”. Myśl, jak umiesz. Nie potrafisz sobie wyobrazić poprawnej jazdy? Nie wierzę.

Zdaję sobie sprawę, że już zaczynam się powtarzać, ale właśnie przekonanie: „myślisz, że umiesz” (a w bardziej wymiernym wydaniu „myślisz, jak umiesz), jest… najskuteczniejszym czynnikiem eliminującym stres. A stres – jak wiadomo – bardzo często sprawia, że chociaż umiesz, to jednak egzaminator ocenia Cię negatywnie.

W ramach wprowadzenia do tego tematu pozwolę sobie wspomnieć o innym środku, pomagającym zapomnieć o tym, czego się boisz. Dobry film. Niechby to był film akcji – na przykład z Brucem Willisem. Ostatnio mogłem podziwiać go w roli agenta FBI Arta Jeffriesa, który uchronił autystycznego chłopca przed śmiercią z ręki złych ludzi. Na filmach z Brucem Willisem nie tylko nie zasypiam, ale zapominam o całym świecie – o „Zdam Prawko” również. Na szczęście filmy te emitowane są późnym wieczorem, więc takie zapomnienie z mojej strony nie ma wielkiego wpływu na ogólny bieg historii.

No tak. Film możesz obejrzeć sobie wieczorem, ale egzamin zdajesz dopiero następnego dnia. Rano czy po południu – i tak znajdziesz czas, żeby o tym myśleć. A nie możesz przecież oglądać filmów przez cały czas. I prawdopodobnie nie weźmiesz laptopa na egzamin, żeby oglądać, czekając na swoją kolej. Jak poradzić sobie ze stresem?

Muszę powiedzieć, że nieprzypadkowo przywołałem tu osobę Bruce’a Willisa. Jeśli chodzi o naukę jazdy, a raczej egzamin, bardzo zainspirowały mnie jego słowa z filmu „Ostatni skaut”. W filmie tym detektyw Joe Hallenbeck składa osobom, które są mu coś winne, propozycję nie do odrzucenia: „Głowa, czy brzuch?”. Jak widać, coś boleć musi – głowa, albo brzuch.

We wspomnianym filmie głowa lub brzuch boli od uderzenia Bruce’a Willisa, a przed egzaminem – od myślenia. Głowa i brzuch od myślenia?! Jak najbardziej – znam to z własnego doświadczenia. Brzuch boli od myślenia negatywnego („boję się”, „znów mi się nie uda” itd.), zaś głowa może zaboleć od myślenia pozytywnego, twórczego (od nieustannej wizualizacji doskonałej jazdy). Coś musi boleć, a Ty, jak w filmie, masz wybór. W przypadku wahań detektyw Hallenbeck decydował sam. Jeśli dobrze pamiętam, ktoś obrywał wtedy w brzuch. Ciebie zaś, jeśli nie wybierzesz właściwie, też zaboli brzuch. Wybierz ból głowy.

Jeśli już coś musi Cię wykończyć, niech to będzie wizualizacja doskonałej jazdy. Odtwarzaj ten film nieustannie. Wyobrażaj sobie, jak ustępujesz pierwszeństwa tam, gdzie jest to wymagane, jak dostrzegasz pieszych, rowerzystów i tramwaje, jak dynamicznie ruszasz po zmianie świateł i łagodnie hamujesz. Dowiedziono, że nie można myśleć o dwóch rzeczach naraz. Jeśli więc będziesz nieustannie myślał „jak dobrze jedziesz”, nie będziesz mógł pomyśleć, że jedziesz źle, albo że nie uda Ci się zdać egzaminu. Ten, kto myśli, że mu się nie uda, przeważnie ma rację. Ale tak samo jest z tym, kto myśli, że mu się uda. Przypominam jednak, że lepiej jest nie myśleć, że mi się uda, lecz że dobrze jadę. A jak dobrze (po)jedziesz, to i zdasz. Jeśli od takiego myślenia zaboli Cię głowa, nie będzie miejsca na ból brzucha. A o stres zapytasz; „Co to takiego?”.

Jeszce jedno słowo na temat redukcji, a może nawet eliminacji stresu. Jeśli zrobiłeś wszytko, co należało: jeśli afirmowałeś, wizualizowałeś, działałeś „jak gdyby” i nie tylko „jak gdyby”, a na dodatek wierzysz w Boga – oddaj Mu swój egzamin i swoją przyszłość na drodze. Pomódl się za siebie – teraz mam na myśli modlitwę w sensie jak najbardziej klasycznym – za egzaminatora, za innych zdających egzamin, za wszystkich uczestników ruchu, których spotkasz na drodze podczas swego egzaminu. Świadomość obecności Boga i Jego opatrzności jest najlepszym lekarstwem na stres i w ogóle najlepszym sposobem na życie.

Na koniec życzę Ci, żeby egzaminator, obserwując Twoją  jazdę, doszedł do wniosku, że zasługujesz na to, by mieć na drodze takie same prawa, jak on. POWODZENIA.