|
Jacek Konarski- autor MYŚLĘ więc JĘŻDŻĘ
Instruktor kat. B.
nr licencji: SO 0171, SOSNOWIEC
Kontakt:
Tel.: 660 496 739
Skype: jacek.konarski
E-mail: jacek.konarski@gmail.com
O mnie...
Polecam Pana Jacka Konarskiego, którego miałam okazję poznać, dokupując dodatkowe jazdy przed egzaminem. Uważam, że to właściwa osoba na właściwym miejscu. Na uwagę zasługuje przede wszystkim duże zaangażowanie instruktora. To człowiek, który wkłada całe serce w swój zawód, co w połączeniu z dużą wiedzą i kompetencją przyczynia się do szybkiego opanowania manewrów. Początkowo dużym problemem było dla mnie pokonanie łuku, ale dzięki cierpliwości i sprawdzonym metodom Pana Jacka na egzaminie nie miałam z nim najmniejszego problemu. Miła atmosfera i bezstresowo prowadzone lekcje sprawiają, że jazda to czysta przyjemność. Szczerze polecam! – Arleta
Odkąd pan Jacek zjawił się w moim ośrodku nauka stała się przyjemna i prostsza. Jest cierpliwy i spokojny, a dzięki swojej wyobraźni i sercu, które wkłada w pracę, potrafi zobrazować dosłownie wszystko, co sprawia, że nie można nie nauczyć się chociażby najtrudniejszej rzeczy. Zresztą po jakimś czasie jazdy z Nim nie ma rzeczy trudnych. Jestem pewna, że dzięki Niemu zdałam egzamin. – Paulina
Lekcja 1. Najtrudniej zacząć

Najtrudniej zacząć. Ale – jak widzisz – już mi się to udało. Udało się nie tylko mnie, UDAŁO SIĘ NAM, ponieważ ja piszę, a Ty czytasz – działamy wspólnie. Cieszę się bardzo z tego spotkania.
Nazywam się Jacek Konarski. Jestem instruktorem i uczę jeździć najlepiej, jak potrafię. Tyle z pewnością mogę powiedzieć. Skoro zaczęliśmy, to teraz już wszystko pójdzie. Jestem pewien, że dobrze. Jeśli o mnie chodzi, to myślę, że dobrze się zrozumiemy i nie oczekujesz, że będę źródłem całej Twojej wiedzy na temat tego, co robić, żeby dobrze jeździć. Może się bowiem okazać, że w moich wypowiedziach będą luki – ot, nie wszystko, co należałoby w tym miejscu na konkretny temat powiedzieć. To bowiem, co tutaj czytasz, nie pretenduje to roli podręcznika. Nie jest także żadną alternatywą dla tego, czego uczy Cię instruktor. Może nawet nie jest to uzupełnienie tego, co on Ci mówi. Powiedzmy, że jest to pewnego rodzaju urozmaicenie Twojego kursu i ewentualnie spojrzenie na niektóre aspekty nauki jazdy moimi oczami. Mówię o tym, co mi przyszło do głowy, gdy uczyłem, albo gdy myślałem o tym, jak uczyć innych jeździć. Czytaj więc jak najwięcej na ten temat i słuchaj swojego instruktora, a jeśli oprócz tego zajrzysz czasem do tych refleksji – będzie mi bardzo miło.
Jak będą wyglądały nasze spotkania? Jednego jestem pewien: nie obejdzie się bez wyobraźni! Wyobraźnia byłaby Ci potrzebna nawet wtedy, gdybyś siedział obok mnie w samochodzie, a ponieważ łączy nas jedynie ekran komputera, tej wyobraźni trzeba będzie jeszcze więcej. W ogóle wyobraźnia – jeśli chodzi o jazdę samochodem – to podstawa. Postaram się więc tak wszystko przedstawić, żeby pewne wyobrażenia nasuwały Ci się same. Teraz, jak widzisz, wyobrażam sobie Ciebie jako kursanta, Ty zaś – mam nadzieję – wyobrażasz sobie, jak prowadzisz samochód w mojej obecności. Postępuj w wyobraźni zgodnie z moimi instrukcjami, a potem dokładnie tak samo zachowasz się na drodze. To sprawdzona technika.
Zatem do dzieła. Oto siedzisz ze mną w samochodzie – Ty oczywiście na miejscu kierowcy. Sięgam do skrytki i wyciągam stamtąd talię kart. Tasuję je i proszę, żebyś wybrał jedną. Nie wiesz, oczywiście, do czego to wszystko zmierza, ale podejmujesz ryzyko. Okazuje się, że wybraną kartą jest Król Kier. Jeżeli jesteś dziewczyną, to jest to oczywiście Dama Kier. Skąd o tym wiem? To proste. Mam dwie talie kart: jedną dla panów, drugą dla pań. Co więcej – w jednej talii mam dwadzieścia cztery króle, a w drugiej – dwadzieścia cztery damy. Pomyśl, ile mnie kosztowało skompletowanie dwóch takich talii. Czyż tu nie można mówić o poświęceniu dla nauki jazdy?
Zawsze więc wyciągniesz taką kartę, jaką chcę. A teraz pewnie Cię zaskoczę. Nie mam żadnych kart, ale przecież możemy sobie wyobrazić, że je mam.
Przyjmijmy, że jesteś dziewczyną. Wybrałaś więc kartę, którą potocznie nazywamy Damą Kier. Ilekroć jednak oglądałem karty, dostrzegałem tam nie tyle damy, co królowe. Jest tu zresztą jakaś niekonsekwencja: jeżeli król, to powinna być również królowa; a jeżeli już dama, to jej partnerem nie powinien być król, lecz po prostu jakiś inny dżentelmen (nie tyle jest tu ważna adekwatność pojęć, co sama idea). Z pewnością królowa jest damą, a na pewno powinna nią być – jako królowa winna być pierwszą spośród dam.
Gdyby się okazało, że masz karty pod ręką, spójrz na Damę Kier. Najprawdopodobniej obok jej głowy zamiast litery D jest litera Q. Dlaczego Q? To proste, bo karta ta przedstawia Queen – Królową. Pozostańmy więc przy Q i przy królowej. Z tego, co mi wiadomo, to Kier jest najmocniejszym kolorem, a królowa najmocniejszą kartą (umówmy się, że tak jest – królowa, jako odpowiednik króla, OK?).
A teraz prosta interpretacja. To Ty jesteś Królową Kier. Dlaczego właśnie Królową Kier? Bo w samochodzie „kier” jest bardzo mocno obecny. Mamy kier-unek i stąd kier-unkowskaz; kier-ujemy samochodem, a do tego potrzebna nam jest kier-ownica; zaś osoba prowadząca samochód to – by użyć określenia bardziej fachowego – „kier-ujacy pojazdem” (panią występującą w tej roli niektórzy nazywają czasem kier-owniczką).
Co wynika z tego, że jesteś Królową Kier? Jak karta ma dwie strony, tak również z dwóch stron można spojrzeć na Ciebie, gdy jedziesz samochodem. Dla kogoś, kto patrzy na Ciebie z zewnątrz, jesteś osobą kierującą pojazdem. Ale karta ma też stronę wewnętrzną, która przesądza o jej wartości. Król, czy królowa, to ktoś, kto rządzi, ktoś, kto panuje – panuje nad swoim królestwem z wysokości tronu.
Tron w ciągu wieków przeszedł ewolucję i ten, na którym teraz siedzisz, można odpowiednio wyregulować. Ustawiasz go najpierw w pozycji poziomej, horyzontalnej. Naciskasz na sprzęgło i przesuwasz swój tron – fotel – do przodu, bądź tyłu (w zależności od potrzeb). Nie będę się tu rozpisywał, jak ustawić fotel, bo wytłumaczył Ci to już Twój instruktor. A jeśli tego nie zrobił, poszukaj wiadomości w odpowiednich źródłach.
Wróćmy do Twojego tronu. Siedzisz na nim wygodnie, a w zasięgu Twoich nóg są trzy pedały: sprzęgła, hamulca i gazu (to oczywiście nazwa potoczna, której dla wygody będziemy się tu trzymać). To Twoi poddani. Musisz mieć do nich właściwy dystans: nie za duży i nie za mały. Wtedy będziesz mogła nad nimi panować. Będziesz mogła nimi rządzić. Będziesz mogła im rozkazywać. W rzeczywistości będziesz mogła dzięki nim panować nad pojazdem. Bo dla kogoś, kto patrzy na Ciebie z wnętrza samochodu, jesteś osobą panującą nad pojazdem.
Powtórzę: dla kogoś, kto patrzy na Ciebie z zewnątrz, jesteś kierującym, dla kogoś kto patrzy na Ciebie z wnętrza samochodu, jesteś panującym. Wyobraźmy sobie, że słuchasz „Radia Kierowców” i słyszysz słowa: „Kierujący pojazdem marki… nie opanował pojazdu na zakręcie i wskutek tego zjechał na pobocze…”. Miejmy nadzieję, że tylko na tym się skończyło.
Panowanie nad pojazdem, to panowanie nad jego „częścią zewnętrzną” (koła) oraz nad jego częścią wewnętrzną (silnik). Zarówno ten nie panuje nad samochodem, kto wjeżdża na krawężnik (jeśli tego nie planował), jak i ten, komu gaśnie silnik. Podział na dwie części jest umowny, bo jadący samochód stanowi całość (chciałoby się powiedzieć „nierozdzielną”, ale to jest nie do końca prawda – o tym jednak innym razem). Do panowania na samochodem masz ręce i nogi, kierownicę, sprzęgło, hamulec i gaz. A ponad tym wszystkim – dosłownie i w przenośni – głowę.
Tyle o Tobie. Jesteś tym, kto kieruje pojazdem, kto nad nim panuje (a przynajmniej stara się zapanować). Jesteś królem bądź królową. Kim wobec tego jestem ja? Kim jest ten, kto siedzi obok króla i podpowiada mu, co robić? Moja rola daje mi ogromną satysfakcję. Jeśli bowiem Ty jesteś królem, czy królową, to ja – gdy podpowiadam Ci, co robić – jestem… królewskim doradcą!
Lekcja 2. Pistolet i Samochód

W pierwszym akapicie naszej znajomości napisałem: „Najtrudniej zacząć. Ale – jak widzisz – już mi się to udało. Udało się nie tylko mnie, UDAŁO SIĘ NAM, ponieważ ja piszę, a Ty czytasz – działamy wspólnie. Cieszę się bardzo z tego spotkania”.
Przywołałem swoją wypowiedź z jednego tylko powodu – chodziło mi o trzy słowa: UDAŁO SIĘ NAM. Udał nam się początek – wystartowaliśmy. Wierzę, że UDA SIĘ NAM wszystko, że BĘDZIE NAM SIĘ UDAWAŁO, i że zdamy ten egzamin. Słowa UDA NAM SIĘ wskazują na koniec, a końca – jak to często w życiu bywa – nie widać. Żeby dojść do końca, trzeba iść, trzeba jechać. Więc naprzód.
Dzisiejszą lekcję zacznę od pytania: co ma wspólnego samochód z pistoletem? Hm. Wielu pomyśli, że raczej niewiele. Ale dla kogoś, kto lubi samochody i pistolety, analogii może być dużo. Pożartujmy więc dalej. Jak sądzisz, gdybym musiał wybierać, to co bym wybrał: samochód, czy pistolet? Myślisz, że samochód? Nie, pistolet. Dlaczego? To proste: kto ma pistolet, temu dużo łatwiej o samochód. OK., to takie rozwiązanie jakby z francuskiego filmu sensacyjnego. W rzeczywistości dokonałem innego wyboru – wybrałem samochód, a pistolet na razie nie jest mi potrzebny. I niech tak pozostanie.
Dlaczego jednak zestawiłem pistolet z samochodem? Otóż nie dlatego, że bardzo lubię pistolety, albo/i samochody, lecz dlatego, że najbardziej lubię analogie! A tu pewną odkryłem. Dzięki analogiom świat może nie jest piękniejszy, ale na pewno staje się bardziej zrozumiały. Dlatego gdy zrozumiesz, o co chodzi w pistolecie, to zrozumiesz również, o co chodzi w samochodzie. A o co chodzi w pistolecie?
- Co to jest? – pytam króla bądź królową, wyciągając z samochodowej skrytki plastikową chińską zabawkę.
- Pistolet – słyszę najczęściej.
- Pewien jesteś? – budzę wątpliwości.
Skoro nie pistolet, to niektórzy zaczynają kombinować, że to zabawka, atrapa, czy coś innego. Wyjaśniam wtedy, że nie o to chodzi. To rzeczywiście zabawka. Dalej jednak podtrzymuję pytanie: pistolet, czy nie? Żeby nauka szła naprzód, unoszę tę zabawkę w taki sposób, żeby widać było dół uchwytu i pytam:
- W takim razie czy mogę z tego strzelić?
- Nie, bo nie ma magazynka – słyszę w odpowiedzi.
I o to chodzi. Sięgam więc po magazynek i załadowuję.
- Teraz dopiero można mówić o pistolecie – wyjaśniam. – Zatem „to” (podnoszę część, która pierwotnie została nazwana pistoletem) nie jest pistolet, lecz część pistoletu. A „to” (pokazuję magazynek) jest jego druga część. Z „tej” części (pokazuję „pistolet”) nie da się strzelić, i z „tej” (pokazuję magazynek) również nie. Można strzelić dopiero wtedy, gdy się te części złoży w całość. A i to jeszcze nie wszystko: w magazynku muszą być naboje. Żeby strzelić – drążę dalej – trzeba wykonać trzy ruchy: naładować, załadować, przeładować (oczywiście demonstruję to, co znaczą te tajemnicze słowa). Jeśli chcesz pojechać samochodem – kontynuuję – musisz także wykonać trzy ruchy: przekręcić kluczyk (zapalić silnik), wcisnąć pedał sprzęgła, włączyć pierwszy (lub wsteczny) bieg. Teraz dopiero możesz strzelić (wykonując odpowiedni ruch palcem wskazującym), lub pojechać (wykonując odpowiednie ruchy nogami).
Na tym analogii nie koniec, ale nie wszystko od razu. Więcej podczas następnego spotkania.
Lekcja 3. Dzięki czemu samochód jedzie

No właśnie. Dlaczego w ogóle zadałem takie pytanie? Bo rozwój wiedzy zależy od dobrze postawionego pytania. I od właściwego odpowiadania na nie. Czy mógłbyś mi zatem powiedzieć, dzięki czemu samochód jedzie?
Muszę Ci się przyznać do jednej słabości. Czasem zachowuję się jak typowy nauczyciel: wymyślam pytania, wymyślam na nie odpowiedzi (a często bywa odwrotnie: mam już odpowiedzi i do nich dorabiam pytania) i wymagam, by mi odpowiedziano dokładnie tak, jak sobie tego życzę. Toleruję oczywiście odpowiedzi „własnymi słowami”, ale tylko pozornie: zaraz wyjaśniam, jak powinna brzmieć właściwa odpowiedź. Bo tylko taka odpowiedź, jaką sam wymyśliłem, jest dobra.
Kiedyś to „fundamentalne”, wyjściowe pytanie w ramach mojej nauki jazdy brzmiało inaczej. „Do czego służy sprzęgło?” Jeśli ktoś zna odpowiedź na to pytanie, albo słyszy ją ode mnie, wie już, dzięki czemu samochód jedzie. Myślisz, że dzięki sprzęgłu? Gdybyś tak odpowiedział, to bym rzekł, iż wiesz, że dzwonią, ale nie bardzo wiesz, w którym kościele. Słuchaj jednak tych dzwonów – to właściwy kierunek szukania odpowiedzi na pytanie „dzięki czemu samochód jedzie”. Powiem tylko, że dzięki SPRZĘG… Na razie nic więcej. Zdradzę jedynie, że jest to zaledwie jedna trzecia odpowiedzi – jedna sylaba. Potrzebne są jeszcze dwie.
Na pytanie, do czego służy sprzęgło, słyszę różne odpowiedzi.
- Do zmiany biegów.
- Do zmiany biegów – wyjaśniam – służy dźwignia zmiany biegów.
- Do hamowania.
- Do hamowania – wyjaśniam dalej – służy hamulec.
- Ale przecież wciska się sprzęgło, żeby zmienić bieg i przy hamowaniu.
Nie zaprzeczam, ale jednocześnie upieram się, że nie jest to precyzyjna odpowiedź. Żeby to zobrazować, mogę Cię spytać, czy pistolet służy do zabijania? Jeśli odpowiesz twierdząco, to błąd. Pistolet bowiem służy do strzelania, a że ktoś czasem z jego pomocą zabija, to już inna sprawa. Bezpośrednio pistolet służy wyłącznie do strzelania. Podobnie jest ze sprzęgłem – umożliwia ono zmianę biegów i hamowanie (jeśli chcemy zachować pracę silnika), ale bezpośrednio służy do czego innego. Do czego? Już bym mógł odpowiedzieć, ale… pobawmy się dalej słowami. A nawet tylko fragmentami słów. Za pierwszym razem skoncentrowaliśmy się na frazie (jeśli tak to można nazwać) „kier”. Teraz będzie to „sprz”, albo nawet tylko „prz”. Wcześniej jednak kilka pytań pomocniczych.
Z czym Ci się kojarzy słowo „za przęg”? Jeśli z koniem i… wozem, to dobrze. Większość pytanych zaczyna od konia, potem nieśmiało dodaje wóz, albo… karetę. Zgadzamy się wtedy co do tego, że zaprzęg, to koń złączony z wozem w celu transportu. Sam koń nie jest zaprzęgiem, sam wóz również nie. Ale koń ciągnący wóz, to już zaprzęg. I nic w tym dziwnego, skoro zaprzęgamy konia do wozu. Koń jest tu elementem czynnym – ciągnącym, wóz – elementem biernym – ciągniętym.
A do czego służy sprzączka? Jeśli uważasz, że do łączenia dwóch końców paska, to się z Tobą zgadzam.
Wymieniłem dwa rzeczowniki z rdzeniem „prz”. Czas na przymiotnik. Czasem słyszymy, albo mówimy, że jakieś elementy są ze sobą sprzężone. Znaczy to, że są ze sobą złączone.
W takim razie czas na czasownik. Co znaczy „ sprzęgać?” Kursant pracujący w teatrze muzycznym powiedział mi, że czasem sprzęt elektroniczny „sprzęga” i słychać wtedy dźwięki, których organizator wolałby nie słyszeć. Pani pracująca w klinice psychiatrycznej zauważyła, że czasem w jej środowiskowym slangu mówi się, że u jakiegoś pacjenta coś „nie sprzęga”. Właśnie. Gdyby sprzęgało, to osoba ta nie byłby jej pacjentem. Zatem w tym wypadku też nie powinno sprzęgać. Tam, gdzie ma sprzęgać, niech sprzęga, a gdzie nie powinno – niech nie sprzęga. O to w życiu chodzi.
Mamy więc worek słów, w którym są rzeczowniki, przymiotniki i czasowniki. W tym worku jest również… „ sprzęgło”. A do czego służy sprzęgło? Teraz już chyba łatwo odpowiedzieć: do sprzęgania. I nie ma prostszej odpowiedzi. A bardziej skomplikowana wcale nie jest potrzebna.
Kiedyś jechałem z koleżanką, która nie ma prawa jazdy i twierdzi, że się do jazdy nie nadaje. A ponieważ siedziała na tym miejscu, na którym zazwyczaj siedzę ja, gdy wypełniam misję królewskiego doradcy, zadała mi pytanie: „A co ty tam masz?” W zasadzie to sam sprowokowałem ją do takiego pytania sugerując, żeby nie wyciągała zanadto nóg, bo mogę jej niechcący przygnieść. Chodziło jej oczywiście o sprzęgło i hamulec od strony pasażera. A ponieważ nie we wszystkich samochodach coś takiego jest, jej pytanie było uzasadnione.
Odpowiedziałem więc, że z lewej strony jest sprzęgło, i że od pytania „do czego służy sprzęgło” zaczynam praktyczną naukę jazdy. Jej odpowiedź była genialna w swej prostocie i dokładnie taka, jaką zawsze chciałbym słyszeć:
- Do sprzęgania. Ale czego z czym? – zakończyła pytaniem.
- Jesteś pierwszą osobą, która tak mi na to pytanie odpowiedziała – musiałem ją pochwalić.
Dziewczyna ta odpowiedziała tak precyzyjnie z dwóch powodów: nie ma – z jednej strony – żadnego pojęcia o jeździe, więc nie mówiła, że do zmiany biegów, albo do hamowania, zaś z drugiej strony ma zacięcie lingwistyczne, więc żaden dla niej problem zgadnąć, że sprzęgło może służyć do sprzęgania.
Ale czego z czym? Oto jest pytanie.
Mówiąc najkrócej i nie najbardziej precyzyjnie: silnika z… resztą samochodu (a jeszcze prościej: z kołami).
Ale teraz obiecana odpowiedź na pytanie „dzięki czemu samochód jedzie?” Nie dzięki kołom, choć samochód koła ma. Nie dzięki silnikowi, choć samochód również silnik ma. Nawet nie dzięki temu, że silnik jest „na chodzie”. Działający silnik to jak brykający koń: dopóki się go nie ujarzmi i nie zaprzęgnie, nie pociągnie wozu.
Zatem dzięki czemu samochód jedzie? Dzięki SPRZĘG-NIĘ-CIU. Oto najkrótsza, ale wystarczająca odpowiedź. Bez sprzęgnięcia nie ma jazdy.
Ale jak wygląda to sprzęganie i jak to się dalej ma do pistoletu? O tym już następnym razem.
|